Nasza nowa strona jest tutajrynek58.pl.

 

?Prawdy nieoczywiste? o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego

14 października 2015 r. ukazał się kolejny numer „Tygodnika Powszechnego”, z dołączonym przez redakcję prezentem dla Czytelników. Jest nim nowa płyta z Kolekcji Tygodnika Powszechnego, zawierająca audiobook „Prawdy nieoczywiste. Felietony o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego w Radiu Kraków”.
 
„Prawdy nieoczywiste” to pasjonująca opowieść o biblijnych postaciach i o filozofach, którzy szukają prawdy, poparta refleksją na temat Biblii, poezji i filozofii.

W wyborze znalazły się m.in. felietony dotyczące poezji m.in. Wisławy Szymborskiej, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, T.S. Eliota czy Paula Celana, a także rozważania na temat „Bojaźni i drżenia” Kierkegaarda, Apokalipsy i Pieśni nad Pieśniami.

Płyta prezentuje wybór najlepszych radiowych felietonów o. Jana Andrzeja  Kłoczowskiego, emitowanych na antenie Radia Kraków od 1990 roku.
Jan Andrzej Kłoczowski OP (ur. 1937) – dominikanin, teolog, profesor filozofii, publicysta. Przez wiele lat pracował na krakowskich uczelniach katolickich, m.in. w Papieskiej Akademii Teologicznej, w latach 90. był rektorem Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. W tamtym okresie był członkiem redakcji miesięczników „W Drodze” i „Znak” i redaktorem naczelnym czasopisma „Logos i Ethos”. Jest autorem licznych prac z dziedziny filozofii, religii i teologii i laureatem nagród, m.in. „Feniksa 2008”. W każdą niedzielę w południe w kościele Dominikanów odprawia tzw. „dwunastkę”, czyli mszę z „kazaniem filozoficznym”, na której gromadzą się tłumy krakowian. Teksty niektórych kazań ukazywały się na łamach „Tygodnika Powszechnego”, a ich wybór z lat 1997-2003 został wydany przez Wydawnictwo Literackie pod tytułem „Zawierzyć prawdzie”. (notę biograficzną przygotował red. portalu)
I jeszcze parę słów o tym numerze „Tygodnika”, bo jest wyjątkowy. Kiedy się obróci pismo okładką do dołu, pojawia się... druga okładka (obrócona o 180°), bo częścią tego numeru jest magazyn literacki przygotowany na Festiwal Conrada, który rozpocznie się 19 października 2015 r. Okładka tego „magazynu” nawiązuje do publikowanego wewnątrz artykułu o tegorocznej Noblistce Swietłanie Aleksijewicz. W „magazynie” jest jeszcze kilka swietnych tekstów – m.in. o laureacie Nagrody Goncourtów za debiut, Algierczyku Kamelu Daoudzie, którego powieść „Sprawa Mersaulta”, polemiczna wobec „Obcego” Alberta Camusa wywołała dyskusję na temat tożsamości europejskiej opartej na przemilczaniu pamięci o dokonanej przemocy i o „życiu kosztem innych, kosztem podbitych narodów”. Można przeczytać zastanawiającą rozmowę o Holokauście z brytyjskim pisarzem Martinem Amisem (autor „Strefy interesów”) i o literackim wyzwaniu, jakim jest podjęcie tematu ludobójstwa Ormian, o którym mówi rumuński pisarz Varujan Vosganian, autor „Księgi Szeptów. Jest też bardzo ciekawy tekst o czytelnictwie w Szwecji (jakież ci Szwedzi mają pomysły!) i kilka innych, równie ciekawych. Polecamy nie tylko tym, którzy pojadą na festiwal do Krakowa! (red. portalu bibliotecznego)
 

W ?Tygodniku Powszechnym? pierwszy po Noblu wywiad ze S. Aleksijewicz

„Zawsze szukam ludzi, którzy są czymś dotknięci, poruszeni, wzburzeni, którzy przekroczyli granice własnego ja” - mówi Swietłana Aleksijewicz w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”. Z noblistką, która gościła na Festiwalu Conrada, rozmawia Grzegorz Jankowicz.

Grzegorz Jankowicz: W jednej z książek mówi Pani, że gdy nie możemy wyrazić swego cierpienia w słowach, to ból jest jeszcze straszniejszy... Wierzy Pani w siłę słowa?

Swietłana Aleksijewicz: Słowa nie zawsze potrafią wyrazić to, co przeżyliśmy. Ześlizgują się z rzeczywistości, odklejają się od niej, jakbyśmy mieli do czynienia z dwiema częściami układanki, których nie można do siebie dopasować. Ale język jest wszystkim, co mamy. Jak inaczej mielibyśmy się uporać z naszymi doświadczeniami? Z jednej strony mamy język katastrofy, język, za pomocą którego próbujemy opowiedzieć straszliwe historie. Z drugiej natomiast – katastrofę opowieści, czyli to, co dzieje się z przeżyciami w tekście, który nie potrafi ich unieść, który okazuje się niedoskonałym medium, wadliwym środkiem komunikacji. Każdy pisarz mierzy się z tym problemem.
    Jeden z moich bohaterów opowiadał mi o swoich doświadczeniach wojennych. Był wtedy dzieckiem. Gdy palono jego wioskę, ukrywał się w krzakach. Widział wszystko – jak rozstrzelali jego rodziców, jak bestialsko zamordowano jego rodzeństwo... Czy po tym koszmarze – pytał – została tylko moja opowieść, moje słowa? Miał wrażenie, że to, co mi opowiada, niewiele znaczy w obliczu ogromu cierpienia, z którym już nic nie jesteśmy w stanie zrobić, nigdy nie uda nam się go odczynić, nie zbawimy tych, którzy zginęli. Podobne uczucie ogarnęło mnie po śmierci mojej ukochanej siostry. Miała 35 lat... Słowa, które wtedy wypowiadałam, nie docierały do sedna moich emocji.

Całość rozmowy w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”, do nabycia od dziś w kioskach, oraz w e-wydaniach  i wydaniu internetowym.
Archiwum rubryki „Półka z książkami Tygodnika Powszechnego” >>

Konkurs DKK ?Dolnośląski Mistrz Recenzji? rozstrzygnięty!

Rozstrzygnięto konkurs „Dolnośląski Mistrz Recezji” zorganizowany przez Dolnośląską Bibliotekę Publiczną w ramach projektu „Dyskusyjne Kluby Książki na Dolnym Śląsku”. Nagrodzono dwie recenzje, wyróżniające się wnikliwością i świadczące o wrażliwości ich autorów oraz umiejętności pogłębionej lektury. Polecamy Państwu oba te teksty – przeczytacie je Państwo po naciśnięciu odpowiedniego linku poniżej:
I nagroda – Edyta Dębicka, moderatorka DKK w Oławie, recenzja „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk >>

II nagroda – Arkadiusz Kowalski z DKK w Bolesławcu, recenzja książki Michaela Cunninghama „Królowa śniegu” >>
Laureatom gratulujemy!

Ludzie kryją w sobie więcej, niż nam się wydaje...

– Posłuchajcie! Zaczynamy. Kiedy bajka się skończy, będziemy wiedzieli więcej, niż wiemy teraz... – tymi słowami 170 lat temu, pewien duński pisarz rozpoczął, tym razem nie inspirowaną folklorem lub tradycjami narodowymi, lecz będącą w całości wytworem jego nieskrępowanej wyobraźni baśń. Przyniosła mu ona ogromną sławę i weszła, jak parę innych do kanonu literatury dla dzieci. A całkiem niedawno amerykański autor, o podobnie nieograniczonej fantazji i wspaniałym warsztacie literackim wykorzystał tytuł tego klasycznego tekstu, nazywając swoją najnowszą powieść „Królowa śniegu”.

Michael Cunningham, bo o nim mowa, zdecydowanie nie potrzebuje podpierać się autorytetem Hansa Christiana Andersena, gdyż jego trwająca od trzydziestu blisko lat kariera ma się doskonale. Wydał (aż/tylko) siedem świetnie przyjętych powieści i zdobył wiele nagród literackich. Pisze artykuły prasowe i filmowe scenariusze, jako juror ocenia twórczość innych, a jako wykładowca uczy swoich następców na prestiżowych uczelniach. Ale co najważniejsze, nigdy nie zawodzi swoich wiernych fanów. Niestety, fani czasem zapominają, jakim pisarzem jest ich idol i na siłę próbują znaleźć w jego twórczości składniki fabuły lub techniki pisarskie, którymi on po prostu nie operuje.

Tak właśnie zachowałem się gdy, mniej więcej miesiąc temu, „Snow Queen” wpadła mi w ręce. Jak wariat zacząłem pochłaniać kolejne słowa, zdania i akapity. W iście sprinterskim tempie, bez jakiejkolwiek refleksji, a przede wszystkim bez chwili delektowania się próbką najświeższej twórczości laureata prestiżowego Pulitzera, dosłownie „przeleciałem” pierwsze sto stron. Desperacko szukałem jakiejś sensacji, skandalu, wątku kryminalnego, a może raczej czegoś... totalnie błyskotliwego, jakiegoś widocznego przebłysku geniuszu.

Opamiętanie przyszło gdzieś na... sto osiemnastej stronie i od tego momentu, już na spokojnie... „odpłynąłem”. Hmm..., muszę od razu zaznaczyć, że najnowsza książka Mister Cunninghama to nie jest dzieło wybitne. Ale bardzo „równe”, napisane w sposób wyważony, przemyślany i mające te wszystkie składniki, za które tego pisarza kochamy. Jest oczywiście obowiązkowy trójkąt. Tym razem rodzinny – dwóch braci oraz narzeczona/żona jednego z nich. Jest Nowy Jork, w którym rozgrywa się, prawie w całości, akcja „Królowej...” (i w którym na co dzień, w małym studiu na szóstym piętrze budynku w West Village, zamieszkuje Cunningham), jest sztuka, a właściwie rozterki twórcze pewnego niezbyt utalentowanego muzyka. No i jest nadająca tempo multinarracyjność, dzięki której mamy pełen ogląd akcji, jednoczesne na nią spojrzenie wszystkich bohaterów. Jest, nie tylko mentalna, fascynacja, zarówno hetero- jak i homoseksualna. Jest i śmierć. Są nawiązania do klasyki literatury; poza oczywistymi odniesieniami do dzieła Andersena, także do „Madame Bovary” Flauberta. Ale przede wszystkim w „Królowej śniegu” znajdziemy, przedstawione głównie za pomocą wewnętrznych monologów, perfekcyjnie wykreowane postacie (poza wspomniana trójcą jest jeszcze parę „satelitów”), charaktery teoretycznie najbardziej zwyczajne ze zwyczajnych, a jednocześnie osobowości o bogatym i skomplikowanym życiu wewnętrznym. I jak zwykle bohaterowie Cunninghama (prawie wszyscy) wzbudzają sympatię. Tym razem to Barrett, jeden z braci Meeksów zaskarbia sobie nasze najcieplejsze uczucia. Dlaczego? Chyba przede wszystkim dlatego, że mimo ogromnych możliwości intelektualnych wybiera życie... normalne. Mógłby osiągnąć wiele, np. zrobić karierę naukową, ale spełnia się... układając t-shirty (jest w tym mistrzem!) w sklepie z drogimi ciuchami. Nie znaczy to, że Barrett jest nudny, mało ambitny lub nieszczęśliwy. O nie! To wciąż facet inteligentny, o bogatym życiu wewnętrznym, pełen empatii i ciepła, kochający brata i jak każdy z nas mający problemy sercowe. I to właśnie jemu, na samym początku omawianej książki, przydarza się coś... totalnie niespodziewanego i nieziemskiego, coś, co całkowicie zmieni jego spojrzenie na świat go otaczający. Ale przecież każdy z nas marzy o odrobinie transcendencji...

O sile twórczości Michaela Cunninghama  może świadczyć chociażby fakt, że wydaniem „Godzin” (miała w tym swój udział także bardzo dobra adaptacja filmowa) doprowadził do powrotu zainteresowania twórczością Virginii Woolf oraz do ogromnego wzrostu sprzedaży jej najgłośniejszego dzieła „Pani Dalloway”. Ma on rozsiane po całym globie, stałe, niezmniejszające się grono wielbicieli.

Ale czy „Królowa śniegu” to najlepsza lektura, od której powinien zaczynać ktoś, kto dopiero wyrusza w podroż szlakiem twórczości Cunninghama? Być może nie. Chyba warto byłoby sięgnąć najpierw chociażby po genialny „Dom na krańcu świata” lub po osławione „Godziny”. Z takim aperitifem danie główne, czyli „Królowa...” może smakować tylko lepiej. I może po lekturze uda nam się to, co jest chyba najważniejszym przesłaniem tej książki. Może spojrzymy inaczej na naszych współziomków, na członków rodziny, przyjaciół,  a nawet na tych zupełnie nam obcych. Może znajdziemy w sobie nieco więcej empatii, a może zdobędziemy się na obdarzenie kogoś, kto tego być może właśnie bardzo potrzebuje, zupełnie bezinteresownym uśmiechem. Bo jak twierdzi nietuzinkowy protagonista z „Królowej Śniegu” Michaela Cunninghama - „LUDZIE KRYJĄ W SOBIE WIĘCEJ, NIŻ NAM SIĘ WYDAJE...”.

POST SCRIPTUM
W uzupełnieniu wyjaśnienie, tytułu powieści pochodzące od samego autora. Otóż słowo „snow”, oznaczające w języku angielskim śnieg, jest jednocześnie potocznym określeniem jednego z najpopularniejszych na świecie narkotyków. Królowa to oczywiście „queen”. A to miano używane jest, głównie za oceanem, do określania gejów. Oba te aspekty współczesnego życia obecne są również na kartach książki, którą wszystkim, zwłaszcza tym szukającym stonowanej, momentami baśniowej, ale przede wszystkim wymagającej i dojrzalej literatury, serdecznie polecam.

Arkadiusz Kowalski, DKK Bolesławiec

Filmoteka Trickstera w American Corner

W American Corner rozpoczyna się nowy cykl spotkań filmowych. Filmotekę Trickstera bibliotekarze z AC będą realizować we współpracy ze Stowarzyszeniem Badaczy Popkultury i Edukacji Popkulturowej Trickster.

W czasie każdego z czterech spotkań odbywać się będzie projekcja amerykańskiego filmu, poprzedzona prelekcją. A po projekcji zaprosimy do moderowanej przez prelegenta dyskusji.
23 października 2015, godz. 18.30
PRELEKCJA: „Wampir a sprawa superbohaterska”
PRELEGENT: Michał Wolski
TYTUŁ FILMU: „Blade”
6 listopada 2015, godz. 18.30
PRELEKCJA: „Prawdziwy Batman tylko w wersji animowanej: Batman: Mask of the Phantasm”
PRELEGENT: Julian Jeliński
TYTUŁ FILMU: „Batman: Mask of the Phantasm”
4 grudnia 2015, godz. 18.30
PRELEKCJA: „Kaczor Howard, czyli dziwne losy pierwszego filmu na podstawie komiksów Marvela”
PRELEGENT: Radosław Pisula
TYTUŁ FILMU: „Kaczor Howard”
18 grudnia 2015, godz. 18.30
PRELEKCJA: „Nadludzie czy podludzie? - Mutanci Marvela w komiksie i filmie”
PRELEGENT: Dawid Głownia
TYTUŁ FILMU: „X-Men 2”
Zachęcamy do odiwedzenia specjalnej strony, poświęconej Filmotece Trickstera. Znajdziecie tam Państwo zwiastuny wymienionych filmów – TUTAJ >>

Ministerialne podziękowania za digitalizację

W trakcie gali podsumowującej realizację pięcioletniego programu „Kultura +, priorytet: digitalizacja”, która odbyła się 1 października 2015 r. w Narodowym Instytucie Audiowizualnym, nasza Biblioteka została uhonorowana statuetką i specjalnymi podziękowaniami podpisanymi przez prof. Małgorzatę Umilanowską, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, „za aktywny udział w tworzeniu i upowszechnianiu polskiego dziedzictwa kulturowego” w ramach wymienionego wyżej programu. Wszytkimi kwestiami związanymi z tworzeniem elektronicznych zasobów zajmuje się u nas Dział Digitalizacji Zbiorów (patrz TUTAJ >>), którego pracownikom serdecznie gratulujemy!

 

Parę słów zwykłego czytelnika o ?Księgach Jakubowych?

O tej książce napisano i powiedziano już wiele, a dziś – tuż po wręczeniu Nagrody Nike Oldze Tokarczuk – mowa o niej we wszystkich najważniejszych telewizjach i gazetach.

Skończyłem czytać tę książkę jadąc na koncert inauguracyjny Konkursu Chopinowskiego (Martha Argerich i Garrick Ohlsson!). Zamknąłem ją tuż przed Warszawą z przebłyskującym wśród natłoku myśli przekonaniem: „To jest arcydzieło!”. Wiem, że brzmi to może za mocno, jak jakaś egzaltacja, ale takie rzeczy weryfikuje dopiero czas.

Nie będę pisał recenzji, bo na to trzeba więcej czasu. Ale napiszę na gorąco o kilku rzeczach, które mnie, zwykłego czytelnika, w tej książce zachwyciły.
Po pierwsze sama opowieść. Bo choć historia Jakuba Franka i żydowskiej sekty frankistów jest faktycznie niezwykła, to sposób, w jaki została opowiedziana, pozwala nie tylko śledzić bieg wydarzeń. Ja uczyłem się z niej pojmować to, co dzieje się między ludźmi, bo jest to powieść przenikliwa w analizie uwarunkowań ludzkich postaw i społecznych zachowań.
Na marginesie troszkę o głównym wątku: „na Podolu, pojawia się młody, przystojny i charyzmatyczny Żyd - Jakub Lejbowicz Frank. Tajemniczy przybysz z odległej Smyrny zaczyna głosić idee, które szybko dzielą społeczność żydowską. Dla jednych heretyk, dla innych zbawca już niebawem ma wokół siebie krąg oddanych sobie uczniów, zaś wywołany przezeń ferment może odmienić bieg historii i odmienić  kształt tej części świata.” (z okładki)
Jest to powieść historyczna, opisująca zdarzenia na tyle odległe, że – zdawałoby się – powinna się pojawić stylizacja językowa. Ale autorka ogranicza stylizację (skądinąd znakomitą!) do przytaczanych „dokumentów” i listów. Narracja zaś jest poetycka, nieprzesadna w stylizacji, gęsta, działająca na wszystkie zmysły, dzięki czemu stworzony przez pisarkę obraz dawnego życia jest pełny i poruszający. Imponująca jest też rozległość wiedzy historycznej i swoboda, z jaką Olga Tokarczuk porusza się w realiach epoki.

Jest w tej powieści kilka miejsc, które dają świadectwo niezwykłej zdolności tej pisarki do zwięzłego opisywania tego, co niewyrażalne dla zwykłego człowieka.
Oto Jakub zbiera swoich wyznawców przed jaskinią nieopodal Częstochowy i oznajmia im, że jest ona, ni mniej ni więcej, tylko tą samą jaskinią, w której znajduje się grób Adama i Ewy i która przywędrowała za nimi do Polski z Hebronu. I w tym miejscu czytamy o tym, jak w wyznawcach Jakuba rodzi się wiara w jego słowa:

„Zapada cisza, w której słowa Jakuba szykują sobie miejsce. Można by rzec, że przesuwają się nad nim z szelestem wszystkie mapy świata, obracają się, dopasowują do siebie, Trwa to dłuższą chwilę, potem zaczynają się chrząknięcia, ktoś wzdycha ; wygląda na to, że zapanował porządek. Jakub mówi: zaśpiewajmy. I śpiewają, jak zwykle razem...”

Takich niezwykłych miejsc, głęboko wnikających w naturę zjawisk, jest w tej książce wiele.

Obok głównej historii, czyli dziejów sekty frankistów, snuje się opowieść o ciekawej, choć nieco zapomnianej, postaci księdza Benedykta Chmielowskiego, autora pierwszej polskiej encyklopedii pod pięknym tytułem „Nowe Ateny, czyli Akademia wszelkiey scjencyi pełna...”. Doprawdy, z wielką przyjemnością obserwowałem tego pełnego pasji człowieka w działaniu. Bo tej narracji łatwo się wierzy, autorka szybko zdobywa zaufanie czytelnika...

Książka jest trudna (bo sama materia nie jest taka sobie zwykła), a przecież wciąga jak dobra powieść sensacyjna! I spełnia wszystkie wymienione w tytule role: służy i nauce, i refleksji, i historycznej pamięci, i rozrywce...

 Oldze Tokarczuk gratulujemy drugiej już Nagrody Nike (przypomnijmy, że pierwszą dostała za „Biegunów”), a naszym Czytelnikom z całego serca „Historie Jakubowe” polecamy!

 

Moderatorka DKK o ?Księgach Jakubowych?

Olga Tokarczuk została laureatką Nagrody Nike za rok 2015 za wspaniałe „Księgi Jakubowe” – książkę, która z pewnością zajmie ważne miejsce w historii polskiej literatury. Wygrała też w plebiscycie „Niike Czytelników”. Przeświadczenia i wybory literaturoznawców-zawodowców nie zawsze są zbieżne z preferencjami czytelników – tym razem jednak wypowiedzieli się jednym głosem. Bo w tej powieści nadzwyczajna zdolność pisarki do zawładnięcia wyobraźnią czytelników, oczarowywania ich sugestywnością opowieści, pięknem i gęstością narracji, łączy się z głębią analizy ludzkich postaw, tego co determinuje ich losy i uniwersalnością przesłania.

Poniżej prezentujemy głos czytelniczki. Pani Edyta Dębicka, moderatorka Dyskusyjnego Klubu Książki, działającego przy Filii nr 2 Biblioteki Miejskiej w Oławie, przysłała ten tekst na organizowany przez nas konkurs „Dolnośląski Mistrz Recenzji”. Ta wypowiedź zaprzecza wyrażanym niekiedy opiniom o tym, że dziś czytamy coraz mniej uważnie, powierzchownie, bezrefleksyjnie... Życzymy sobie i wszystkim odbiorcom literatury tak bardzo świadomej lektury. I raz jeszcze wyrażamy radość z sukcesu znakomitej pisarki, tak bardzo lubianej przez czytelników!
KSIĘGI JAKUBOWE
Olgi Tokarczuk,

czyli wielkie olśnienie zmysłów, uczuć i rozumu
wywołane przez natchnioną autorkę
o niezmierzonej imaginacji,
które jest cudownym darem
dla czytelnika

Przeczytane stronice płyną przez oczy, usta i głowę, napełniając je świeżym powietrzem, niczym wiatry oceaniczne, ożywiające swym tchnieniem żagle...

Czy któraś z tych stronic jest zbędna, czy jest ich zbyt wiele? Tylko wtedy, gdy trzymam księgę w dłoniach, jeszcze nieotwartą... Z chwilą jednak, kiedy zaczynam zanurzać się w labirynt postaci, wątków, miejsc i idei jakaś niewidzialna siła wsysa mnie do środka. I chcę być jak Jenta, która widzi dalej i więcej. Chcę niczym Nachman eksplorować Wschód i Południe, rozmyślać na pustyni pod rozgwieżdżonym niebem, goniąc za efemerydą Jakuba, który nie wiadomo czym jest: prorokiem czy szalbierzem... Chcę wymieniać się listami z niedocenioną poetką Drużbacką i wielce oświeconym księdzem Chmielowskim...

Żałuję, że nie urodziłam się w czasach, kiedy żydowski sztetl był nieodłączną częścią prowincjonalnego krajobrazu, że nie mogę uczestniczyć w filozoficzno-religijnych dysputach Żydów o gorących głowach i sercach, żyjących w Rzeczpospolitej, która tylko pozornie była żydowskim rajem.

Smutkiem napawa mnie fakt, że niemożliwym jest, by ziściło się wyrażone  w „Księgach” życzenie, by ludzie czytali te same książki i żyli w świecie jedności, ale i różnorodności, nie konfliktów. Jakże niezwykle aktualna jest opisana tu historia niekończącego się żydowskiego exodusu... Teraz syryjscy uchodźcy, rzadko przyjmowani przez Europę z otwartymi ramionami, są niczym tułający się wyznawcy Mojżesza. Jak gorzki i prawdziwy wymiar mają słowa: „Bieda nie ma ani wiary, ani narodowości".

Zdumiewa mnie wszechobecne w powieści głębokie zrozumienie ludzkiej słabości, biorącej swój początek z tęsknoty za namacalną obecnością Boga w świecie.  Autorka każdą z postaci czyni tak żywą, że chciałabym się z nimi spotkać w realnym świecie ( no może nie z Jakubem- fascynuje, ale i przeraża).

Portrety kobiet są pełnokrwiste, wiele bohaterek, choćby Chana, wiele osiągnęłoby, gdyby nie przyszło im żyć w tak absolutnie patriarchalnym świecie. Wszelkim próbom opisu wymyka się Jenta. Czy to zabłąkana dusza zawieszona między wymiarami, czy żydowski dybuk przyszpilony zaklęciem do ziemskiego padołu, czy wizjonerka w romantycznym duchu?

Myślę, że zarówno w przypadku Jenty, jaki i innych mieniących się wielością wcieleń i znaczeń postaci, barwnych niczym rajskie ptaki – jak choćby Moliwda – nie jest istotne, by znaleźć prostą odpowiedź na pytanie, kim są. Pani Tokarczuk ma rzadko spotykany dar – jej książki (choćby „Prawiek i inne czasy” czy „Bieguni”), a „Księgi Jakubowe” w szczególności, otwierają w czytelniku to, co ukryte, nieuświadomione często czy zapieczętowane, a za czym on tęskni – by choć przez chwilę dotknąć barwnego kilimu świata, z jego wielością osób, języków, kultur, wyobrażeń... Po co? By zrozumieć , że bez względu na to, kiedy i gdzie przyszedł człowiek na świat, każdy jest istotą o podobnych potrzebach i pragnieniach.

Dzięki „Księgom Jakubowym” uświadomiłam sobie, na czym polega głębokie pęknięcie między światem chrześcijańskim a innymi religiami. Nas, ludzi Północy, dręczy poczucie winy. Może gdyby nie ono, bylibyśmy lepsi dla siebie i innych? Wreszcie dzięki tej niezwykłej książce po raz pierwszy dotarło do mnie, że obcość to może być dar, gdyż obcy to ten, który nie będąc „stąd”, baczniej przygląda się ludzkim gestom i emocjom, więc widzi i odczuwa więcej niż „swój”.

Dziękuję Autorce za to, że w epoce splugawienia języka i braku szacunku do słowa i unikania za nie odpowiedzialności, przywraca słowom całą ich moc
 i cały blask, opowiadając niezwykłą historię zwyczajnych i niezwyczajnych ludzi.

Dziękuję wreszcie za to, że otworzyła przede mną „tajemnicę światła”, rozjaśniając nieco szarość tworzącą „podszewkę świata".

Edyta Dębicka


 

Olśnienie zmysłów, uczuć i rozumu...

KSIĘGI JAKUBOWE
Olgi Tokarczuk,

czyli wielkie olśnienie zmysłów, uczuć i rozumu
wywołane przez natchnioną autorkę
o niezmierzonej imaginacji,
które jest cudownym darem
dla czytelnika

Przeczytane stronice płyną przez oczy, usta i głowę, napełniając je świeżym powietrzem, niczym wiatry oceaniczne, ożywiające swym tchnieniem żagle...

Czy któraś z tych stronic jest zbędna, czy jest ich zbyt wiele? Tylko wtedy, gdy trzymam księgę w dłoniach, jeszcze nieotwartą... Z chwilą jednak, kiedy zaczynam zanurzać się w labirynt postaci, wątków, miejsc i idei jakaś niewidzialna siła wsysa mnie do środka. I chcę być jak Jenta, która widzi dalej i więcej. Chcę niczym Nachman eksplorować Wschód i Południe, rozmyślać na pustyni pod rozgwieżdżonym niebem, goniąc za efemerydą Jakuba, który nie wiadomo czym jest: prorokiem czy szalbierzem... Chcę wymieniać się listami z niedocenioną poetką Drużbacką i wielce oświeconym księdzem Chmielowskim...

Żałuję, że nie urodziłam się w czasach, kiedy żydowski sztetl był nieodłączną częścią prowincjonalnego krajobrazu, że nie mogę uczestniczyć w filozoficzno-religijnych dysputach Żydów o gorących głowach i sercach, żyjących w Rzeczpospolitej, która tylko pozornie była żydowskim rajem.

Smutkiem napawa mnie fakt, że niemożliwym jest, by ziściło się wyrażone  w „Księgach” życzenie, by ludzie czytali te same książki i żyli w świecie jedności, ale i różnorodności, nie konfliktów. Jakże niezwykle aktualna jest opisana tu historia niekończącego się żydowskiego exodusu... Teraz syryjscy uchodźcy, rzadko przyjmowani przez Europę z otwartymi ramionami, są niczym tułający się wyznawcy Mojżesza. Jak gorzki i prawdziwy wymiar mają słowa: „Bieda nie ma ani wiary, ani narodowości".

Zdumiewa mnie wszechobecne w powieści głębokie zrozumienie ludzkiej słabości, biorącej swój początek z tęsknoty za namacalną obecnością Boga w świecie.  Autorka każdą z postaci czyni tak żywą, że chciałabym się z nimi spotkać w realnym świecie ( no może nie z Jakubem- fascynuje, ale i przeraża).

Portrety kobiet są pełnokrwiste, wiele bohaterek, choćby Chana, wiele osiągnęłoby, gdyby nie przyszło im żyć w tak absolutnie patriarchalnym świecie. Wszelkim próbom opisu wymyka się Jenta. Czy to zabłąkana dusza zawieszona między wymiarami, czy żydowski dybuk przyszpilony zaklęciem do ziemskiego padołu, czy wizjonerka w romantycznym duchu?

Myślę, że zarówno w przypadku Jenty, jaki i innych mieniących się wielością wcieleń i znaczeń postaci, barwnych niczym rajskie ptaki – jak choćby Moliwda – nie jest istotne, by znaleźć prostą odpowiedź na pytanie, kim są. Pani Tokarczuk ma rzadko spotykany dar – jej książki (choćby „Prawiek i inne czasy” czy „Bieguni”), a „Księgi Jakubowe” w szczególności, otwierają w czytelniku to, co ukryte, nieuświadomione często czy zapieczętowane, a za czym on tęskni – by choć przez chwilę dotknąć barwnego kilimu świata, z jego wielością osób, języków, kultur, wyobrażeń... Po co? By zrozumieć , że bez względu na to, kiedy i gdzie przyszedł człowiek na świat, każdy jest istotą o podobnych potrzebach i pragnieniach.

Dzięki „Księgom Jakubowym” uświadomiłam sobie, na czym polega głębokie pęknięcie między światem chrześcijańskim a innymi religiami. Nas, ludzi Północy, dręczy poczucie winy. Może gdyby nie ono, bylibyśmy lepsi dla siebie i innych? Wreszcie dzięki tej niezwykłej książce po raz pierwszy dotarło do mnie, że obcość to może być dar, gdyż obcy to ten, który nie będąc „stąd”, baczniej przygląda się ludzkim gestom i emocjom, więc widzi i odczuwa więcej niż „swój”.

Dziękuję Autorce za to, że w epoce splugawienia języka i braku szacunku do słowa i unikania za nie odpowiedzialności, przywraca słowom całą ich moc
 i cały blask, opowiadając niezwykłą historię zwyczajnych i niezwyczajnych ludzi.

Dziękuję wreszcie za to, że otworzyła przede mną „tajemnicę światła”, rozjaśniając nieco szarość tworzącą „podszewkę świata".

Edyta Dębicka


 

Nasza koleżanka laureatką stypendium im. Olgi Rok!

Wnuczka wspaniałej bibliotekarki Olgi Rok stworzyła w 2012 r. fundusz stypendialny imienia swojej Babci, żeby uczcić jej pamięć, ale przede wszystkim, żeby wesprzeć rozwój osobisty kobiet pracujących w bibliotekach publicznych i w ten sposób docenić ich pracę. To wspieranie rozwoju osobistego bibliotekarek polega na tym, że nagroda posłużyć może spełnieniu osobistych marzeń (poprzednie laureatki przeznaczyły nagrodę np. na wydanie tomiku wierszy, podróż, zakup laptopa czy dalszą edukację). W tym roku jedną z dwóch laureatek została nasza koleżanka Karolina Mendyk, pracująca w Fonotece. Serdecznie gratulujemy!

Nagrody i wyróżnienia związane z Funduszem im. Olgi Rok  wręczyła laureatkom 11 września 2015 r., podczas warszawskiego Kongresu Kobiet minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska.

Kim jest nasza Koleżanka-Laureatka?
Podkreślmy od razu to, co z pewnością miało znaczenie dla Kapituły przyznającej stypendium. Pani Karolina widzi ogromną wartość w pracy z osobami osadzonymi w zakładach karnych. Jest moderatorem Dyskusyjnego Klubu Książki w Zakładzie Karnym numer 2 we Wrocławiu. W październiku będzie również prowadzić zajęcia we wrocławskim Areszcie Śledczym.
Dodajmy jeszcze, że na co dzień promuje pozytywne postawy wobec zwierząt i zwraca uwagę na kwestie ekologii, co też owocuje pomysłami bibliotecznymi. Współpracuje ze Stowarzyszeniem Otwarte Klatki, dzięki któremu nasza biblioteka stała się miejscem ważnych społecznie dyskusji na temat praw zwierząt (i warsztatów roślinnego gotowania!). W październiku rozpoczną się warsztaty edukacji empatycznej dla dzieci i młodzieży, a w planach jest jeszcze stworzenie Eko Klubu. Uważa, że współdziałanie ze Stowarzyszeniem Otwarte Klatki jest doskonałym przykładem modelowej współpracy z organizacjami pozarządowymi, dzięki którym biblioteki mogą w znaczny sposób wzbogacić swoją ofertę. Pani Karolina prowadzi również kursy komputerowe dla seniorów i to tak skutecznie, że jedna z jej uczennic wydała właśnie drugą książkę!
Raz jeszcze gratulujemy i jesteśmy pewni, że to dopiero początek!
OLGA ROK (1923-2007)
Rosjanka, która swojego przyszłego męża Polaka – Stanisława poznała jeszcze w Uzbekistanie, skąd w 1946 r. przeprowadziła się do Polski. Bibliotekarką została w wieku lat 40, objęła kierownictwo biblioteki dla dzieci i młodzieży i przepracowała w niej 20 lat. Pracowała z prawdziwą pasją i oddaniem. I miała świetne pomysły: organizowała z dziećmi wspólne odrabianie lekcji, teatr marionetkowy, wycieczki, spotkania z pisarzami. Umiała w tamtych latach dostrzec fakt, że biblioteki to nie tylko książki, że są miejscami rozwoju osobistego i lokalnego, że współtworzą kulturę lokalnej społeczności.