Patron naszej Biblioteki, prof. Tadeusz Mikulski, przyjechał do Wrocławia w 1945 r. i od razu zaczął szukać – chodząc wśród ruin i przeszukując tutejsze zbiory – śladów pobytu w tym mieście polskich pisarzy. Powstała świetna książka „Spotkania wrocławskie”, w której jeden ze szkiców jest poświęcony Janowi Kasprowiczowi. Zilustrowaliśmy fakty przedstawione w książce zdjęciami, których w niej nie ma. Materiał ten pozyskaliśmy i zaprezentowaliśmy w 2009 r. na wystawie „Wrocławskie spotkania po latach”. Narrację zbudowaliśmy, wyjmując z książki Profesora odpowiednie fragmenty (są złożone największą czcionką). Dodaliśmy też własne słowa wiążące (czcionka zielona).
Po maturze w poznańskim gimnazjum, Kasprowicz wyjechał na studia do Lipska, który okazał się dla chłopskiego syna zbyt drogi. Zdecydował się więc zapisać na Uniwersytet Wrocławski, jeszcze w zimowym półroczu 1884/85. Ale i tutaj bieda go dopadła. Opowiedział o niej przyjacielowi:

... Pewnego razu matka dała mi na wyjezdnym połeć słoniny. Przez dobre dwa miesiące była to podstawa mego odżywiania się. Słonina jednak skończyła się, skórę rzuciłem za piec i został tylko suchy chleb. W końcu i tego chleba zabrakło. Było już bardzo źle, kiedy naraz przypomniałem sobie o owej skórze za piecem. Wydobyłem ją stamtąd, otarłem z kurzu, obmyłem i zacząłem gotować. Po kilkunastu godzinach gotowania zmiękła tak, że mogłem ją krajać i żuć jak gumę.

Nauka w uniwersytecie pochłaniała tylko część niespożytej energii Kasprowicza. Chłop kujawski prowadził o głodzie studia filozoficzne, historyczne i literackie, pod kierunkiem profesorów, których nazwiska będzie pamiętać długo. By uniknąć dodatkowych obciążeń materialnych, nie zapisywał się na wykłady w sposób formalny. Korzystał z wiedzy po kryjomu, za darmo.  (...)

POWIĘKSZ, KLIKAJĄC NA ZDJĘCIE
Jan Kasprowicz w czasie studiów we Wrocławiu, ok. 1885 r. Fotografował z oryginału znajdującego się w Muzeum Jana Kasprowicza na Harendzie: Piotr Kyc, wł. Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza.
Poza normalnym trybem uniwersyteckim pochłania Kasprowicza życie studenckie. Młodzież polska we Wrocławiu organizuje się wówczas w ośmiu towarzystwach akademickich, zależnie od regionu, poglądów politycznych czy zainteresowań naukowych. (...) Natychmiast po przyjeździe wstąpił do Towarzystwa Literacko-Słowiańskiego we Wrocławiu. Ale nie czuł się dobrze w tym zespole. (...) Jeśli dać wiarę wskazówkom pośrednim, najlepiej było poecie w Czytelni Akademickiej, gdzie wieczorami zbiera się młodzież na lekturę gazet lub długie gawędy. Nauka i życie organizacyjne dają tło dla tych dni wrocławskich Kasprowicza. Ale w sposób bardziej intensywny rozwija się ten żywot gdzie indziej.

Kasprowicz z pasją czyta poetów romantycznych, niemieckich i angielskich. Żyje wtedy, gdy pisze. Narasta owych wierszy coraz więcej. W formie jeszcze chropawej, ale o wyraźnych cechach rozkwitającej sztuki, Kasprowicz ujmuje swoją wiedzę o świecie, w którym srożą się krzywda i niesprawiedliwość. Czyta je przyjaciołom. (...) Poezje pokrywają dąsy i oklaski, ale poezja jeszcze wówczas nie karmi. Natomiast żywi Kasprowicza studencka proza. (...) poeta wysyła do Petersburga, Warszawy i Lwowa liczne korespondencje z życia polskiego we Wrocławiu i na Śląsku, nade wszystko młodzieży akademickiej.

W 1886 r. Kasprowicz przeżywa burzliwą miłość do starszej od siebie Teodozji Szymańskiej, którą zaledwie po kilku miesiącach porzuca i rozpoczyna proces rozwodowy. W kwietniu 1887 r. znów jest we Wrocławiu, ale wówczas jest już obserwowany przez policję, która tropi tajne związki wśród młodzieży. A on przecież coraz częściej miesza się do spraw politycznie podejrzanych, współpracuje z grupą prowadzącą działalność socjalistyczną. Za to właśnie trafił na kilka miesięcy do więzienia.

POWIĘKSZ, KLIKAJĄC NA ZDJĘCIE
Wrocławskie węzienie, w którym trzymano Kasprowicza przez 8 miesięcy mieściło się wówczas na ul. Podwale. Oto kadr z pocztówki z widokiem na budynek koszar i siedzibę policji ok. roku 1900 (pocztówka ze zbiorów Biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego).
Wolność odzyskana 17 maja 1888 r. nie była mu zrazu darem. Rozwód małżeński ciągnął się nie zakończony. Zamieszkał teraz u Stefana Suchockiego, na ulicy Salzstrasse (dziś Wojciecha Cybulskiego) 17, na drugim piętrze, w rozległym domu mieszczańskim, w pobliżu uniwersytetu. Ale do studiów nie wrócił. Popadł w położenie, którego by „psu nie życzył”. (...)

POWIĘKSZ, KLIKAJĄC NA ZDJĘCIE
Kamienica przy ul. W. Cybulskiego, w której mieszkał Jan Kasprowicz. Dziś można na jej murze znaleźć tablicę pamiątkową, przedstawioną na poniższym zdjęciu (fot. R.Werszler).

POWIĘKSZ, KLIKAJĄC NA ZDJĘCIE
Niebawem raz jeszcze zmienił mieszkanie i w sierpniu 1888 roku przeniósł się na ulicę Grosse Scheitnigerstrasse (dziś Szczytnicka) 29. (Jednak już 8 września 1888 r. Kasprowicz wyjechał z Wrocławia do [rodzinnego] Szymborza. Może wróci tu szybciej, aniżeli rachuje? Nie wrócił przecież. Odszedł z Wrocławia drogą, przebitą do wielkości.

Z pejzażu miasta przeniknęło do jego poezji niewiele. W kwietniu 1885 r. powstał wiersz opisowy „Na targu”, którym Kasprowicz rozpoczynał serię utworów „Obrazki natury”. (...) Któregoś kwietniowego południa r. 1885 w dzień targowy, student zatrzymał się na Rynku. Słońce rozbłysło na miedzianym dachu ratusza. Poeta patrzy na tę miedź, rozjarzoną w słońcu, a potem, wmieszany w tłum, ślizga się wzrokiem po wozach, straganach, ludziach, kolorach.

Postanowiliśmy ten tekst dla Państwa odnaleźć i wykorzystać okazję do jego przypomnienia, bo to przecież ważne vratislavianum. Jako ilustrację zamieszczamy fotografię targu na wrocławskim rynku w roku 1908. W miejscu, gdzie dziś stoi fontanna, widać pomnik Fryderyka Wielkiego. Zdjęcie wykonał Eduard van Delden (wł. Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu).

NA TARGU

Południe. Słońce kwietniowe
Zabłysło tęczą złocistą
Ponad szczytami kamienic.
I drży siedmioma barwami
W tysiącu kropel deszczowych,
Co po niedawnej szarudze
Wiszą na liściu zielonym
Kalafijorów, pietruszki,
Cebuli, czosnku, kapusty.
Czasem na tłustych wypocznie
Piersiach czerwonej przekupki,
Opiętych w kabat żółtawy,
To znów grą światła i cieni
Uwydatniwszy do sytu
Ich falującą wypukłość,
Spływa promiennym językiem
Po wyciągniętym ramieniu,
By w kilku drobnych pieniążkach,
Które w tej chwili w jej dłoni
Za wychowanki inspektów
Złożyła młoda kobieta,
Wpół ku przekupce schylona,
Brzuchem oparta o stragan,
Zestrzelić wszystkie swe blaski.
Czasami złotym okoli
Wieńcem kopułę ratusza
I po miedzianym dachu
Zsunąwszy, światła girlandą
Padnie ukosem w narożnik
Ludnej, szerokiej ulicy
I w siwej brodzie uwięźnie
Starca – o twarzy wyblakłej.

POWIĘKSZ, KLIKAJĄC NA ZDJĘCIE
Na targu barwy i życie.
Tu zgraja przekupek
Z rąk sobie do rąk wyrywa
Koszyk zielonej kapusty.
Tam oto jakaś kobieta
Pnie się na wozu drabinę,
Gdzie w małych,
czarnych beczułkach
Suszony owoc na sprzedaż:
Jedną się nogą oparła
O piastę koła, a druga
Zawisła wolna w powietrzu,
Trzęsąc się ikry pełnymi.
Tu kilka bosych dziewczątek
Wciska się między przechodnie,
Krzycząc: Fijołki, fijołki!
Tam pod płomiennym namiotem
Człowiek o twarzy sczerniałej
W czerwonym fezie z kutasem,
Zachwala towar zamorski;
Tu rzędem siadły wieśniaczki,
Trzymając masło na łonach,
Każdy ma towar nabywcę,
Ale go nie ma milczący
Starzec o twarzy wyblakłej.

Ulicą w tę i w tę stronę
Cisną się tłumy bogate:
Kobiety w sukniach jedwabnych,
O twarzy różem pokrytej
I o wypchanych tiurniurach,
Stają przy oknach wystawnych
I na portretach aktorów,
Śpiewaków, skoczków o kształtach
Uwydatnionych trykotem,
Wieszają oczy spragnione (...)
Aż w łonach, w pręty żelazne
Zasznurowanych, z namiętnych
Dech im zamiera poruszeń.
Jakowaś pańska dziecina,
Ciesząc się sztucznym konikiem,
Co poza płytą kryształu
Gniadą lśni sierścią, batożkiem
Smagnie po grzbiecie bosego,
W podartych szmatach, sierotę,
I po­tem mat­kę za fał­dy
Ryp­so­wej suk­ni po­cią­gnie,
By mu spra­wi­ła za­baw­kę.
Pa­ni­cze w bu­tach kli­no­wych,
Na rząd gu­zi­ków z per­ło­wej
Za­pię­tych masy, śród zgieł­ku,
Nie­po­strze­że­ni, otarł­szy
O bok pu­blicz­nych się dziew­czyn,
Chył­kiem ich pa­lec uści­sną
I, zro­zu­mie­ni, zni­ka­ją...
Tak — każ­dy to­war ma kup­ca,
Ale go nie­ma mil­czą­cy
Sta­rzec o twa­rzy wy­bla­dłej.