UWAGA!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Według Artura Schopenhauera „romansopisarz powinien dążyć nie do tego, by opisywać wielkie wydarzenia, lecz by małe czynić interesującymi”. Po obejrzeniu „Sztuki kochania” mam wrażenie, że wytyczna filozofa została zastosowana analogicznie w filmie. Wisłocka nie okazała się wybitnym naukowcem, jej relacje rodzinne też pozostawiały wiele do życzenia, a jednak historia przedstawiona jest ciekawie. Nie chcę umniejszać zasług lekarki. Michalina Wisłocka szerzyła wiedzę o seksie i odniosła sukces wydawniczy (7 mln sprzedanych egzemplarzy). Muszę podkreślić, że nie odebrałam filmu jako ilustracji losów wielkiej rewolucjonistki (jak chcą tego media), lecz opowiedzianą w zajmujący sposób historię zwykłej kobiety-lekarki. Myślę, że za sukcesem produkcji stoi reżyserka, Maria Sadowska, której wrażliwość widać w delikatnym prowadzeniu postaci.
 
„Sztuka kochania: historia Michaliny Wisłockiej” opowiada o losach lekarki, która pracowała jako ginekolog i seksuolog w Poradni Rodzinnej Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa. W roli głównej pojawiła się Magdalena Boczarska, zaś w postać Stanisława Wisłockiego wcielił się Piotr Adamczyk. Jednak mężczyzną jej życia jest Jurek, grany przez Eryka Lubosa (aktora-kameleona, wiarygodnego w każdej roli). Kontrowersyjna postać została pokazana w niekontrowersyjny sposób. W filmie pojawia się nagość, lecz nie epatuje się nią. Sceny zbliżeń są subtelne, ukazane artystycznie. Nie znajdziemy tu naturalizmu, jak np. w Zjednoczonych stanach miłości Wasilewskiego.

Ginekolożka tłumacząca pacjentkom, jak osiągnąć orgazm, jednocześnie jest kobietą aseksualną, o męskim chodzie, z nieodłączną chustką na głowie. Po obejrzeniu filmu uważam, że największe brawa należą się Magdalenie Boczarskiej. Aktorka od pewnego czasu ma dobrą passę i wybiera bardzo różnorodne role (od kochanki w „Różyczce” po babcię w „Bejbi blues”). Stworzenie tak barwnej i wielowymiarowej postaci w „Sztuce kochania” to przede wszystkim jej zasługa. Kobieta, u której z perspektywy czasu podejrzewa się zespół Aspergera, miała trudny charakter (np. była bardzo bezpośrednia), dlatego ta rola była nie lada wyzwaniem. W filmie wielokrotnie wspomina się, że lekarka marzyła o tym, aby zostać słynną uczoną jak Maria Skłodowska-Curie. Dostępne są autentyczne materiały (nagrania z Wisłocką), dlatego Boczarska miała możliwość „odtworzenia” tej postaci. Uważam, że aktorka świetnie przygotowała się do roli, a grana przez nią Wisłocka nie jest karykaturalna.

Praca w charakteryzatorni musiała być intensywna, ponieważ akcja filmu toczy się na przestrzeni prawie 40 lat. Poznajemy Michalinę młodą, osiemnastoletnią, a także jej losy jako kobiety 30-, 40- i (w chwili wydania książki) 55-letniej. Bardzo podobała mi się charakteryzacja głównej bohaterki. Pod koniec filmu Boczarska gra postać dużo starszą od siebie – kobietę dojrzałą, ze zmarszczkami. Tu należy się kolejny ukłon i w stronę aktorki i charakteryzacji, za którą odpowiadała Aneta Brzozowska. Niestety, nie każdego aktora tak naturalnie udało się odmłodzić. Stanisław Wisłocki, grany przez Piotra Adamczyka, jest mało wiarygodny jako młodzieniec.

Z kontrowersyjnej przeszłości Wisłockiej do szerszej publiczności przebijał się przede wszystkim fakt, że lekarka żyła w trójkącie z mężem i przyjaciółką. Myślę, że nie warto kłaść na to nacisku. Wisłocka była kobietą nieszczęśliwą, która szukała miłości. Wplątanie się w zawiłe relacje było próbą odnalezienia prawdziwego uczucia. Stąd tytuł jej książki – nie sztuka dobrego seksu, lecz właśnie kochania.

*Wszystkie wspomniane w recenzji filmy („Sztuka kochania”, „Bejbi blues”, „Zjednoczone stany miłości”, „Różyczka”) dostępne są w zbiorach Fonoteki.

MAŁGORZATA MACIEJCZYK Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizowała się w krytyce literackiej i artystycznej. Frankofilka, książkoholiczka.