PolskiEnglishFrançais (France)

 

O autorce:
Olga Rudnicka urodziła się w 1988 roku w Śremie. Na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu ukończyła studia z edukacji i rehabilitacji osób z niepełnosprawnością intelektualną. Napisała 20 powieści, jako pierwszą wydała w 2008 roku „Martwe jezioro”.

O książce

„Prawda może poczekać, jest do tego przyzwyczajona”.
D. Jarrold

Jarosław S. postanawia popełnić samobójstwo, bo jest nieuleczalnie chory.  Ma pięć córek (każdą z inną kobietą), które się nie znają, bo mieszkają w innych miejscowościach. Tatuś sobie skakał z kobiety na kobietę, po drodze dzieci płodząc i wszystkie zawodząc. Żeby było śmieszniej, wszystkie potomkinie mają na imię Natalia i podobne charaktery: „…były złośliwe, aroganckie i nie miały za grosz szacunku dla policji”. 

Pieniądze szczęścia nie dają, ale przelane na konta córek bardzo im życie ułatwiają, bo mogły się uwolnić od durnych facetów i toksycznych matek.

Ojciec „zostawiał im tajemnicę i zagadkę; może po jego śmierci zajmą swoje bystre umysły czymś więcej niż ciągłymi kłótniami”. Zagadka i tajemnica jest prawdopodobnie w dużym, nowym domu stojącym na fundamentach starego, wyburzonego. 

Większą część książki zajmują przepychanki słowne między siostrami wkurzającymi siebie nawzajem i dwóch policjantów. Dzięki temu czytelnik nie wie o jaką tajemnice i zagadkę chodzi.

Albo autorka nie miała pomysłu i skupiając się na interpersonalnych kontaktach miała nadzieję, że coś wymyśli, czekając na natchnienie albo pisała na zasadzie: wiem ale nie powiem. I co mi zrobicie? 

Dopiero po trzystu stronach dowiadujemy się czegoś konkretnego a i to nie do końca. I wcale to nie trzyma czytelnika w napięciu. Raczej w ziewnięciu. Potem akcja przyspiesza, siostry wyrąbują dziurę w podłodze, kłamią, oszukują, szwendają się po cmentarzu, czołgają w tunelu oraz niszczą sarkofagi. 

Jest też konkurencyjna szajka w postaci wrednej blondynki i dwóch zakapiorów, którzy straszą, brużdżą i walą po głowie. 

Pętają się tam też: były narzeczony, antykwariusz wkurzony, bankowiec rozsierdzony, ksiądz zdziwiony i notariusz zaskoczony.

A wydawnictwo pokpiło sprawę i puściło kilka kiksów: Tadeusz zamienia się w Jarosława, a na stronie 497: „to nie więcej niż półtorej metra”. Jest także parę niekonsekwencji w narracji.  

Jeśli tak wyglądają wszystkie książki tej autorki to ja dziękuję i nie polecam. 

IRENA BROJEK Od urodzenia wrocławianka. Bibliotekarka z bogatą przeszłością (Politechnika Wrocławska, Szkoła Inspekcji Pracy, DzBP we Wrocławiu, Uniwersytet Wrocławski, PWST, RBP i MBP we Wrocławiu). Pomysłodawczyni i organizatorka kobiecej imprezy pod nazwą „dress-party”. Wykonuje i wystawia kolaże i wyklejanki. Miłośniczka książek, kina, kotów i osób z inteligentnym poczuciem humoru. Prowadzi interesujący blog: https://kotnagalezi.home.blog.