UWAGA!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Czytaj więcej…

Zrozumiałem
A- A A+
Stulecie urodzin Tadeusza Kantora (2015) było okazją do mnóstwa najróżniejszych uroczystości, publikacji, festiwali i imprez. Nie będę przypominał, o kogo chodzi (w tym wypadku chyba naprawdę nie trzeba!) i jakie ma zasługi dla polskiej i światowej kultury. Chciałbym Państwu pokazać rzecz drobną, ale z pierwszej ręki. Ciekawą, bo prawie nieznaną! Z czasów, kiedy Tadeusz Kantor zaczynał jako malarz i człowiek teatru.

Chodzi o list, który zaginął. Miał go w swoim archiwum znany polski poeta Marian Jachimowicz, mieszkający przez pół wieku po wojnie w Wałbrzychu. Miałem zaczyt i przyjemność znać tego poetę i czasem go odwiedzałem (różnica wieku była ogromna, ok. 50 lat!). Po śmierci M. Jachimowicza urządzaliśmy w Bibliotece pod Atlantami w Wałbrzychu Pokój Pamięci Poety, wykorzystując część jego archiwum, przekazaną bibliotece przez pasierba p. Jachimowicza – Czesława Bugno. Prosiłem wtedy Pana Czesława o odnalezienie oryginału listu Tadeusza Kantora. Okazało się, że gdzieś się zapodział. Nie udało się go odnaleźć. Na szczęście Pan Czesław zrobił kolorową kserokopię tego dokumentu i mnie też pozwolił ją zreprodukować. Kolejną kopię przekazaliśmy zresztą do Cricoteki. Skoro jednak mam tę kopię i widziałem oryginał, a w poszukiwaniach uczestniczyłem, postanowiłem poprosić p. Jadwigę Bugno (wdowę po p. Czesławie) o zgodę na publikację tego dokumentu. W tym miejscu bardzo Jej za tę zgodę dziękuję.

List znalazł się w archiwum Mariana Jachimowicza nie przypadkiem, chociaż nie on był adresatem. Tadeusz Kantor napisał go do Marka Zwillicha (przyjaciele zwali go „Maćkiem”), młodego malarza unisty, pochodzenia żydowskiego, postaci znanej w borysławskim środowisku artystycznym. W Borysławiu mieszkał też Marian Jachimowicz i jako początkujący poeta był z tym środowiskiem związany. Dodać warto, że patronem i mentorem owego kręgu był mieszkający w pobliskim Drohobyczu Bruno Schulz.

Marek Zwillich i jego narzeczona – także malarka, Anna Płockier – byli zaprzyjaźnieni z Marianem Jachimowiczem, który zwłaszcza „Maćka” wspominał w sposób szczególny, nazywając go najbliższym mu duchowo człowiekiem. 27 listopada 1941 roku oboje, wraz z całą rodziną Marka Zwillicha, zostali zamordowani przez faszystów ukraińskich podczas masowej egzekucji borysławskich Żydów. Marian Jachimowicz odnalazł ich korespondecję (także listy Brunona Schulza) w opuszczonym domku Zwillichów w Borysławiu i tylko dzięki temu ocalała.

Marek Zwillich był członkiem znanej i znakomitej Grupy Krakowskiej (należeli do niej, m.in. Maria Jarema, Aleksander Sasza Blonder, Jonasz Stern, Henryk Wiciński). To na wystawę tej właśnie grupy Tadeusz Kantor został zaproszony i tej sprawie poświęca pierwszą część listu wysłanego prawdopodobnie w maju 1939 r. do „sekretariatu wystawy”, jak żartobliwie nazywa przyjaciela. Część druga jest już nieoficjalna – to prywatny list. Piękny i ciekawy, bo wielki później artysta teatru, wówczas zaczynający swoją artystyczną drogę, zarysowuje w nim w kilku słowach – impresyjnie i oczywiście lakonicznie  – to, co uważa w teatrze za najważniejsze. Teatr jest dla niego świątynią, w której widownia „musi się modlić, z zapartym oddechem”.

I jeszcze drobiazg z moich rozmów z p. Jachimowiczem. Kiedyś, śmiejąc się, opowiadał mi, jak Tadeusz Kantor, podwinąwszy rękawy koszuli, pomagał kopać rów pod instalację gazową... już nie pamiętam, czy w domku Zwillichów, czy w tym domu, w którym mieszkał poeta... Widać było, że bawi go obraz wielkiego artysty wymachującego łopatą...

Elekroniczną wersję tej kolorowej kserokopii listu znajdziecie Państwo w galerii poniżej tego tekstu.  Został napisany na trzech kartkach kolorowego papieru różnej wielkości. Jednak mimo że Tadeusz Kantor pisał dość czytelnie, publikuję poniżej także tekst przepisany, w którym lekko uwspółcześniłem ortografię i poprawiłem interpunkcję, nie naruszając jednak sposobu, w jaki autor listu posługuje się myślnikiem (widać, że robi to świadomie)
.
List Tadeusza Kantora do Marka Zwillicha,
pisany prawdopodobnie w Krakowie, w maju 1939 r.


Do Sekretariatu wystawy

Dziękuję za zaproszenie młodego, początkującego, nieznanego etc. Dokładnej ilości eksponatów nie mogę oznaczyć – to zależy zdaje mi się od planu organizacji wystawy – zresztą dostosuję się do przeciętnej liczby prac dostarczanych przez członków wystawy.
Przesyłam pozdrowienia
Tadeusz Kantor

a teraz

Kochany Marku!

Dziękuję Ci bardzo za pamięć o niepamiętającym. Nie wiem, czy ten list zastanie Cię w Warszawie – ale mam nadzieję, że kiedyś tam dostanie się w Twoje ręce – nie mogłem w żaden sposób znaleźć ostatnio czasu do napisania listu – kończyłem prace w naszej czcigodnej akademii – potem urządzałem wystawę swoich makiet, a w końcu zaprzągnięto mnie do robienia kostiumów na widowisko, które odbyło się na murach koło Floriańskiej bramy – epilog, tzn. premiera, miała żałosny przebieg – nie mogłem autorów tego widowiska skłonić do elementarnych ustępstw w wyreżyserowaniu – miało to być według nich widowisko pełne życia swobodnie płynącego, swady itp. zalet burszowskich – bez „sztucznego komponowania” – ale rezultatem był dosyć sobie wielki bałagan – zresztą taki bałagan w większym lub mniejszym stopniu jest tutaj wszędzie.

Chciałbym się z Tobą kiedy zobaczyć – oglądnąć Twoje kompozycje – w ogóle Twoją twórczość – czy pracujesz w teatrze – jakie masz plany, projekty – kiedy zrealizujemy swój Teatr. Teatr, w którym każda forma będzie miała swoją doskonałą nieralną czystość, w którym forma złączy się z muzyką w swoim ruchu i harmonii –
chciałbym bardzo w jakikolwiek sposób z Tobą się porozumieć – tyle mam Ci do powiedzenia – szkoda, że nie pracujemy razem, ale mam wielką wiarę, że swoje projekty zrealizujemy, że zbudujemy nowy teatr – sądzę, że Ty masz taką samą wiarę – mam zamiar opracować przez te miesiące Romea i Julię –

– Napisz nad czem pracowałeś i pracujesz i w jaki sposób – naturalnie, o ile będziesz miał ku temu ochotę –
Słyszę w tej chwili jakieś kościelne mistyczne chóry (przez radio), jakieś zaziemskie cudowne melodie, śpiewane na pewno gdzieś pod sklepieniami mrocznej katedry gotyckiej – zdaje się, jakby ta melodia płynęła – tak zawsze wyobrażam sobie teatr, zawsze jak jakieś święte misterium – głąb sceny jest dla mnie głębią mrocznej świątyni – a widownia musi się modlić – z zapartym oddechem.

Żegnam Cię i ściskam
Tadek

Serdeczne pozdrowienia dla Ani – napiszcie

Adres mój
Kraków, ul. Kazimierza Wielkiego 103 m. 8