UWAGA!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Czytaj więcej…

Zrozumiałem
A- A A+
Są takie opowieści, których można ciągle słuchać od nowa. Istnieją też historie zupełnie proste, które zostały jednak opowiedziane w sposób niezwykły i to czyni je interesującymi. Wydaje się, że na styku tych dwóch różnych myśli narodził się pomysł, by to, co jest już dobrze znane i lubiane, napisać na nowo. Tak powstały współczesne adaptacje klasycznych powieści (i nie tylko).

Trudno wyobrazić sobie, że ktoś mógłby nie pamiętać nazwiska Shakespeare’a, nie wiedzieć, kim są Mistrz i Małgorzata, nigdy nie zajrzeć choćby do Kafki, nie znać historii Małego Księcia, nie słyszeć o „Wilku stepowym” czy nie wskazać autora „Lalki”. Z pewnością o tym, co znajdzie się w kanonie literatury światowej, decyduje splot bardzo wielu różnych czynników, uogólniając można jednak powiedzieć, że są to po prostu dobre książki. A jeśli coś nam się podoba, lubimy do tego wracać. Literatura to wiele powtarzających się motywów, czyli w zasadzie prostych chwytów, które – odpowiednio zrealizowane – mogą być przepisem na arcydzieło. By nie szukać daleko, wskażmy kilka rozpoznawalnych par nieszczęśliwych kochanków: Tristan i Izolda, Romeo i Julia, Werter i Lotta, Giaur i Leia, Anna Karenina i Wroński. Przykłady można mnożyć, wszystko opiera się jednak na mechanizmie powrotu. Rzecz jasna, całkowite powtórzenie jest wykluczone, autorzy stosują więc różne metody, by z jednej strony wykorzystać znany schemat, a z drugiej zaskoczyć czytelnika elementem nowości.

Można zastanawiać się, po co zmieniać coś, co już jest znakomite, lecz zdaje się, że wiele uwspółcześnionych tekstów dąży do dość swobodnej wariacji na temat danego dzieła. Klasyczną już (!) adaptacją znanej powieści jest oczywiście „Dziennik Bridget Jones” Helen Fielding bazujący na „Dumie i uprzedzeniu”. Rozbudowane społeczno-obyczajowe tło zostało tu zredukowane do minimum, wątek miłosny przeniesiono do naszych czasów, a główna bohaterka zaczęła nadużywać alkoholu i palić papierosy. Choć brzmi to nieco jak profanacja, książka musiała zachować „to coś” z oryginału, skoro uwielbiają ją również fani i fanki Jane Austen. Historie miłosne rzeczywiście są często pisane na nowo, a niektóre urozmaicenia mogą szokować, jak na przykład obecność zombie w „Wiecznie żywym” Isaaca Mariona , czyli nowoczesnej wersji „Romea i Julii”.

Jednak współczesne adaptacje to nie tylko romanse i nie tylko książki-ciekawostki na jeden wieczór – zdarzają się dzieła tak samo warte przeczytania, jak ich pierwowzory. Tak jest na przykład w przypadku uhonorowanych Nagrodą Pulitzera i PEN/Faulkner Award „Godzin” amerykańskiego pisarza Michaela Cunninghama, opartych na twórczości Virginii Woolf czy „Dorianie” Willa Selfa, gdzie Dorian Gray przenosi się w czasie o sto lat (co umożliwia zachowanie specyficznej atmosfery oryginału, równocześnie pozwalając na bardziej śmiałe potraktowanie pewnych wątków). Adaptacje mogą mieć też wartość edukacyjną – nie wiem, czy przeniesienie realiów „Don Kichota” do liceum (Libba Bray, „Going Bovine”) to dobry pomysł, ale jeśli może to zachęcić młodych do sięgnięcia po Cervantesa, to dlaczego nie? W tym wypadku bohaterem jest cierpiący na chorobę szalonych krów 16-latek, którego odwiedza różowowłosy anioł twierdzący, że może uratować mu życie.

Ciekawą formą adaptacji powieści są komiksy. Także i tutaj znaleźć można dzieła zupełnie poważne, jak „Księga Genesis” Roberta Crumba, czyli wierny „przekład” 50 rozdziałów Księgi Rodzaju na nowe medium. Nie ma tutaj cienia ironii, tekst Biblii nie został zmieniony, lecz tylko opatrzony czarno-białymi ilustracjami. Artyści na swój warsztat biorą także utwory Franza Kafki (Peter Kuper), Philipa K. Dicka (Chris Roberson, Robert Adler) czy Stephena Kinga (Jae Lee, Richard Isanove, Peter David, Robin Furth). Wydaje się, że najlepsze komiksowe „przeróbki” zwykle bazują na powieściach dość mrocznych, a dodanie do nich obrazu tylko wzmacnia przekaz. Za niezwykłą siłę wyrazu wychwalany jest komiks Tima Hamiltona na podstawie „451 stopni Fahrenheita” z przedmową samego autora – Ray’a Bradbury’ego. Na drugim biegunie znaleźć można prace o charakterze żartobliwym, nawiązujące stylem do historii o superbohaterach. Świetny przykład stanowi seria „Masterpiece comics”, w której rysownik Robert Sikoryak dokonuje przekładu klasyki na język komiksu. W ten sposób, na przykład „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego niebezpiecznie przypomina… Batmana. Taki nietypowy mariaż arcydzieła literatury rosyjskiej z kultowym komiksem daje naprawdę  oryginalny efekt.

Uwspółcześnione czy zaadaptowane wersje klasycznych tekstów z pewnością nie muszą być tylko prymitywnym naśladownictwem. Czytać można je w dowolny sposób – po zajrzeniu do oryginału (do czego zachęcam), przed nim lub całkowicie niezależnie. Pozwalają one doświadczyć tego samego tekstu, ale nieco inaczej i chyba to jest w nich najciekawsze. Dlatego polecam je szczególnie tym, którzy mają swoje ulubione książki i poszukują czegoś zbliżonego. Sądząc po liczbie internetowych wpisów zaczynających się od słów książki podobne do…, jest ich całkiem sporo.
W Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej dostępne są następujące z wymienionych w artykule książek-adaptacji:
„Dziennik Bridget Jones” Helen Fielding
„Wiecznie żywy” Isaaca Mariona
„Godziny” Michaela Cunninghama
„Księga Genesis” Roberta Crumba