UWAGA!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Czytaj więcej…

Zrozumiałem
A- A A+
Kolekcja Saravala – brzmi zagadkowo, trochę egzotycznie i bardzo intrygująco. Niewtajemniczeni powinni wiedzieć, że Leon Vit Saraval był żydowskim bibliofilem, właścicielem niezwykle cennej kolekcji hebrajskich rękopisów i druków, która jest sławna do dziś, choć na przestrzeni dziejów uległa rozproszeniu. Od 1854 roku, kiedy we Wrocławiu – wówczas Breslau – powstało Żydowskie Seminarium Teologiczne (swoją drogą była to pierwsza w tej części Europy nowoczesna szkoła dla rabinów) i zakupiło księgozbiór liczący ok. 80 rękopisów, 50 inkunabułów (w XIX wieku była to aż połowa wszystkich znanych tego typu pozycji!) oraz wiele druków nowszych, losy kolekcji Saravala przedstawiają się dość burzliwie.
 
W czasach hitlerowskich zbiory zostały najpierw ograniczone, a następnie skonfiskowane w wyniku „nocy kryształowej” (1938) i podzielone. Później – podczas nalotów alianckich – kolekcję ewakuowano z Berlina, a poszczególne jej części trafiły do Czech, Izraela, Szwajcarii czy Stanów Zjednoczonych, ale też do Kłodzka, skąd potem przeniesiono je do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Niektóre rękopisy i druki przechwyciły wojska radzieckie, inne trafiły do prywatnych biblioteczek, dla nas jednak szczególne znaczenia ma zespół 40 woluminów odnaleziony po wojnie Czechach, który przejęła Biblioteka Narodowa Republiki Czeskiej, a następnie przekazała go Żydowskiej Gminie Wyznaniowej w 2003 roku. Znalazłszy się na powrót we Wrocławiu, kolekcja została oddana w depozyt Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie zajmują się nią specjaliści i badacze. Obecnie zabytki są przechowywane w specjalnie przystosowanych pomieszczeniach, konserwowane i odpowiednio opisane.
 
Jeszcze ciekawsze od historii samego księgozbioru są informacje na temat poszczególnych dzieł, ale po kolei. Zacznijmy od pytania: skoro kolekcję udało się częściowo odtworzyć, skąd wiadomo, które wydania do niej należały? Przede wszystkim rękopisy mają charakterystyczne karty informacyjne, być może pisane ręką samego Saravala. Ponadto właściciel oddał książki do ponownej oprawy i dodał superekslibris umożliwiający identyfikację. Jak łatwo się domyślić, najcenniejszą część kolekcji stanowią właśnie rękopisy i wczesne książki drukowane. Większość tekstów ma charakter religijny – to modlitewniki, fragmenty Biblii albo komentarze do niej, ale nie brak też dzieł astronomicznych czy edukacyjnych, jakim jest np. „Gramatyka” Dawida Kimchi, średniowiecznego filologa.
 
Jednym z najstarszych rękopisów jest Pięcioksiąg datowany na 1285 rok, o czym informuje nas zachowany kolofon (na marginesie warto wspomnieć, że odczytanie daty nie jest takie proste, ponieważ liczby zostały przypisane literom, a rachuba lat w kalendarzu żydowskim zaczyna się od stworzenia świata, stąd rok 5045 odpowiada „naszemu” 1285). Tekst został umieszczony w trzech kolumnach i dwóch językach – hebrajskim oraz aramejskim – co na pierwszy rzut oka nie jest oczywiste, nie tylko ze względu na wspólny alfabet, ale też system zapisu: jeden wers hebrajski i jeden aramejski. Twórcy księgi – a można sądzić, że było ich dwóch, ponieważ tekst komentarza został zapisany innym atramentem niż tekst główny – zadbali o przejrzystość i umieścili spis zawartości po hebrajsku i łacinie. Uwagę przyciągają szczególnie komentarze na marginesach, które przybierają różne kształty, np. ryby.

Wykonawcy kolejnej Biblii odznaczyli się jeszcze większą fantazją. Pojawiają się bogato zdobione całowyrazowe (zgodnie z hebrajską tradycją) inicjały z fantazyjnymi ramkami, rysunki ludzi i zwierząt oraz ornamenty w kolorach czerwonym i zielonym lub czerwonym i niebieskim. Inne są też rozwiązania graficzne – tu tekst główny, przekład oraz komentarz stanowią osobne kolumny. By zapełnić puste wersy niektóre litery zostały rozciągnięte, gdzie indziej tekst przyjmuje kształt lejka. Ciekawe, na ile użyteczna mogła być schematyczna mapa Izraela, która przybrała formę odpowiednio ułożonych nazw własnych, ze wschodem u góry strony.

Inne dzieła – np. Pieśń nad pieśniami, Treny Jeremiasza, komentarze do Biblii, także kryją w sobie wiele zagadek i niespodzianek. Na kolejnych pergaminowych stronach znaleźć można m. in. tabliczkę mnożenia, kolorowe rysunki ptaków, fantastyczne stwory, np. hybrydy zwierząt i ludzi, tabele utworzone przez wijące się węże czy informacje o tym, gdzie znajduje się połowa książki liczona w wersetach, wyrazach i literach. Autorką jednego z komentarzy do Biblii (z 1287 roku) jest niejaka Paola, córka Abrahama (nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć, że kobiety w tych czasach rzadko były uczonymi), a w jednym z modlitewników końcówki liter zaopatrzone zostały w główki, przypominające ludzkie, które umożliwiają im spoglądanie na siebie! Pojawiają się tam także inne zdobienia (np. smoki), mimo wyraźnego zakazu ze strony Kościoła (modlitewniki nie miały przecież służyć rozrywce, jaką niewątpliwie było, i jest nadal, przypatrywanie się licznym mikrodekoracjom).

Nie mniej interesujące są druki, jak choćby pierwsza drukowana książka z Lizbony, czyli komentarz do Pięcioksięgu z 1489 roku, tu jednak zdobień jest mniej, uwagę przyciągają za to inne elementy ważne dla badaczy książki dawnej np. informacje o autorach, wydawnictwach, datach powstania. Niestety nie wszystkie dzieła (zarówno rękopisy, jak i inkunabuły) są kompletne; zdarzają się całkowicie wytarte strony, nadpalenia, a także przycięcia tekstu i rysunków dokonane przez niedbałych introligatorów. Wszystko to świadczy o burzliwej historii ksiąg, których historię znamy przecież tylko częściowo.

Wrocławska część kolekcji jest drugą pod względem wielkości po tej w Moskwie i choć jest mało prawdopodobne, że cały księgozbiór kiedykolwiek znajdzie się znów w jednym miejscu, warto pamiętać, że nad losami wszystkich rękopisów czuwa Izraelska Biblioteka Narodowa, która gromadzi informacje o nich w swoim katalogu komputerowym. Na własne oczy średniowieczne księgi można zobaczyć podczas okresowo organizowanych wystaw – ostatnia z nich odbyła się w czasie Festiwalu Kultury Żydowskiej „Simcha” w 2015 roku, w Bibliotece Uniwersyteckiej.

Anna Ćwik